„Budząc lwy” – bohaterowie z krwi i kości i najlepsza książka 2019?

„Budząc lwy” – bohaterowie z krwi i kości i najlepsza książka 2019?

Znacie to uczucie: czytacie książkę i chcecie jak najszybciej poznać jej zakończenie, a z drugiej strony marzycie, żeby lektura trwała jak najdłużej, bo tak świetnie się ją czyta? Jeśli nie, to życzę Wam tego z całego serca, a jeśli tak, to doskonale zrozumiecie, jak się czułam, czytając „Budząc lwy” Ayelet Gundar-Goshen.

A zaczyna się tak…

I akurat pomyślał sobie, że jest to najpiękniejszy księżyc, jaki w życiu widział, kiedy uderzył w tego człowieka. W pierwszej chwili po uderzeniu ciągle myślał o księżycu, wciąż myślał o księżycu, a potem w mgnieniu oka przestał, jak zdmuchnięta świeca.

Ejtan Grin ma żonę, dwóch synów i specjalizację z neurochirurgii. Jego kariera nabierała tempa, ale kodeks moralny, jakim kierował się w życiu, przysporzył mu problemów – zadzieranie z szefem nie może przynieść nic dobrego, zwłaszcza jeśli szef zamieszany jest w nieczyste interesy. Ejtana i jego rodzinę czekała więc banicja, przeprowadzka i zmiana pracy. Pewnego wieczoru, gdy postanowił się rozluźnić, rozładować frustrację, zafundować sobie trochę adrenaliny po wyczerpującym dyżurze, na jego drodze stanął imigrant z Afryki, Erytrejczyk, którego Ejtan nie zauważył, którego potrącił, którego zostawił z dziurą w głowie, krwawiącego i jeszcze oddychającego. I uciekł, przekonany, że nikt nie widział, jak popełnia zbrodnię.

Ale Erytrejczyk miał żonę, a ta znalazła portfel Ejtana, przyszła do jego domu, by mu go zwrócić i dać znać, że jego czyn nie był niewidzialny. Ejtan oferuje kobiecie pieniądze, które ta ochoczo przyjmuje, ale na tym sprawa się nie kończy. Od tej pory lekarz będzie dzielił swoje życie między pracę w szpitalu, rodzinę oraz pewne miejsce, do odwiedzania którego zmusi go kobieta. A tam pozna świat imigrantów o wiele głębiej niż by chciał.

Nie wiem, co Wam napisać, a co sobie darować, bo ta książka zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie i jest w niej tyle wątków, że mam problem, na czym się skupić. Zacznę może od tego, że „Budząc lwy” to thriller psychologiczny i o ile thriller jako taki nie jest dla mnie ważny, o tyle portrety postaci są wspaniałe i uwielbiam tak skonstruowanych bohaterów. Autorka wprowadza nas do ich głów, znamy ich myśli, dylematy, poznajemy historię, która stoi za postawami, jakie przyjmują. I jako czytelnicy nie możemy uciec od pytania, co zrobilibyśmy na miejscu bohatera, a im większego tempa nabiera akcja, tym trudniej jednoznacznie ocenić Ejtana.

Ten zaś robi, co może, by poradzić sobie z tym, co się stało, wypiera wypadek, wmawia sobie, że Erytrejczyk i tak by umarł, dlatego fakt, że go zostawił, nie ma większego znaczenia. Że był zmęczony, że nie chciał, że to nie on.

Zabił człowieka. I czym prędzej się poprawia: nie ty zabiłeś, to terenówka zabiła. Stal i żelazo, które nie noszą urazy i nie noszą się z zamiarem. Neutralna siła, nieludzka, określona masa o określonej prędkości, która w określonym momencie uderzyła w człowieka.

Ejtan próbuje także odczłowieczyć mężczyznę, którego potrącił.

Idioto, nie przyszło ci do głowy, że ona ma imię, myślałeś, że wszyscy wołają na niego „tamten”, „Erytrejczyk”, „nielegalny imigrant”. Miał na imię Asum i był jej mężem.

„Budząc lwy” to jednak nie tylko historia lekarza, który potrącił człowieka, ale też opowieść o utracie człowieczeństwa, rezygnacji z wrażliwości, z dostrzegania innych ludzi.

Był już za węzłem Szoket, kiedy nagle pomyślał, że wraca tam po to, by szukać tego kim był i kogo utracił. Stracił go tamtej nocy, kiedy uderzył w Erytrejczyka. A w zasadzie może utracił go o wiele wcześniej, tylko tej nocy odkrył, że go utracił. Chłopca, który zobaczywszy po raz pierwszy na ulicy bezdomnego, wybuchnął takim płaczem, że jego babcia, która tam była, do dziś to wspomina. Kiedy przestał wbijać zszokowany wzrok w bezdomnych i zaczął unikać ich spojrzeń za wszelką cenę? Kiedy nastała ta chwila, w której przestał zatrzymywać się na widok człowieka leżącego na środku ulicy, a zamiast tego zaczął przyspieszać kroku?

Historia Ejtana to także studium relacji małżeńskich i rodzinnych, macierzyństwa i ojcostwa, które było dla niego wielką radością, często jednak naznaczoną goryczą porażki.

Jak wszyscy ojcowie, także i on wiedział, że nie ma wyjścia. Że jest skazany na to, by rozczarować swoich synów. I jak wszyscy ojcowie, także i on skrycie żywił nadzieję, że może jednak nie. Może z nimi tak nie będzie. Może zdoła dać Itamarowi i Jaheliemu dokładnie to, czego potrzeba. No i tak, dzieci czasem płaczą, ale u niego będą płakały tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma innej możliwości. Dlatego że to one zawiodły, a nie dlatego że zawiódł on.

Opowieść snuta jest nie tylko z perspektywy Ejtana, ale także jego żony Liat oraz kobiety, która została wdową po potrąconym przez niego mężczyźnie. Każde z nich żyje z tajemnicą – jednym zależy, by ją odkryć, innym, by nigdy nie wyszła na jaw. Od początku powieści zadziwiało mnie to, jak bardzo trudno jest ocenić działanie Ejtana, który zrobił coś okropnego, ale robił też mnóstwo dobrych rzeczy. Który odjechał i uciekł, ale przecież miał powód. Podobnie jest z innymi bohaterami – kiedy wydaje się, że dochodzimy do punktu, który pozwala przyjąć jakąś perspektywę, za chwilę okazuje się, że trzeba swoje spojrzenie zmodyfikować, bo dochodzą kolejne i kolejne fakty.

„Budząc lwy” stawia pytania i nie daje łatwych odpowiedzi. Pokazuje świat pełen szarości, w którym opowiedzenie się po stronie białego lub czarnego zawsze niesie za sobą jakieś konsekwencje i nigdy nie daje pewności, czy wybiera się słuszną stronę. Ale to również historia o tym, jak wiele człowiek jest w stanie udźwignąć, jak potrafi poniżać siebie tam, gdzie po prostu jest słaby i usprawiedliwiać wtedy, gdy nie ma wątpliwości co do jego winy.

Powieść Ayelet Gundar-Goshen zostanie ze mną na długo, zaznaczyłam w niej mnóstwo cytatów, jestem oczarowana językiem, jakim posługuje się autorka, tym jak na 350 stronach zmieściła tak skomplikowaną historię. W czasie lektury towarzyszyło mi wiele emocji, ale też bardzo przy niej odpoczywałam i delektowałam się słowem. To zupełnie luźne i całkiem subiektywne skojarzenie, ale podobnie się mam, gdy czytam prozę Jakuba Małeckiego.

„Budząc lwy” polecam Wam bardzo gorąco, to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku i jedna z ważniejszych dla mnie w ogóle. Trochę od czytelnika wymaga, przede  wszystkim skupienia i refleksji, ale też bardzo wiele daje w zamian. Nie wspomniałam tu jeszcze o imigrantach, problemach Izraela, wykorzystywaniu ludzkiej biedy, więc po prostu: czytajcie!

Budząc lwy, Ayelet Gundar-Goshen, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.