„Życie pod prąd” – biografia ks. Jana Kaczkowskiego

„Życie pod prąd” – biografia ks. Jana Kaczkowskiego

Kiedy w moje ręce wpadło „Życie na pełnej petardzie”, czyli rozmowa Piotrka Żyłki z ks. Janem Kaczkowskim, bardzo mocno ta książka mnie dotknęła i dała sporo do myślenia. Ale kiedy po śmierci ks. Kaczkowskiego w 2016 r. zaczęły ukazywać się inne publikacje z nim związane, nie miałam najmniejszej ochoty, by sięgnąć po którąkolwiek z nich. Wydawało mi się, że pojawiają się zbyt szybko, że jest ich za wiele i – paradoksalnie – zniechęcały mnie do tego, by ks. Jana lepiej poznać. Tymczasem dwa lata po jego śmierci wydawnictwo WAM wydało biografię ks. Kaczkowskiego autorstwa Przemysława Wilczyńskiego. I to jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio przeczytałam.

To lektura dość obszerna, wymagająca, gęsta i konkretna. Na początek mocne uderzenie
i nawiązanie do diagnozy, jaką duchowny usłyszał w 2012 roku: glejak IV stopnia. A potem podróż przez jego życie – od dorastania w pełnej miłości i bliskości rodzinie aż po śmierć
w takich okolicznościach.

To, co już od samego początku uderzyło mnie podczas lektury, to jej szczerość, tak zresztą bliska ks. Kaczkowskiemu. Znajdziemy tu opowieść o człowieku czułym, wrażliwym, serdecznym, nieustannie zajętym byciem dla kogoś. Ale także o człowieku dość nerwowym, ironicznym, czasem bezczelnym, lubiącym mieć rację. Poznajemy ks. Jana jako osobę ciągle otoczoną ludźmi, a często samotną. Towarzyszącą w umieraniu innych i umierającą. Nie dającą się ująć w żadne schematy.

O Jasiu usłyszałem, zanim go poznałem – opowiada Jarosław Szydłak. – Albo się go uwielbiało, albo nie cierpiało. Albo chciało się z nim rozmawiać, albo bało się podchodzić, żeby uniknąć „zderzenia z prawdą” w jego stylu, czyli brutalnie podaną.

I to było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo obawiałam się, że książka przybierze postać laurki. Nie brakuje tu zachwytów nad ks. Janem, ciepłych i serdecznych słów skierowanych pod jego adresem, ale to jest też opowieść o tym, że czasami swoim zachowaniem sprawiał innym ból. I nie chodzi o doszukiwanie się jakichś słabości na siłę – to po prostu relacja o tym, jak było naprawdę, jak się z ks. Janem żyło i pracowało.

Czułość, wrażliwość i bliskość w relacjach – to poruszyło mnie najbardziej. Ks. Jan wszystko to otrzymał w domu i sam dawał to innym.

Tak też było do końca: zawsze miałam odruch, żeby się nim zająć, chwycić go za dłoń… Pamiętam jakieś pojedyncze sytuacje, które poza instynktem opiekuńczym budziły we mnie rodzaj dziecięcej krępacji, że mój brat z czymś sobie nie radzi. A także chwile, w których Jan był siłą rzeczy traktowany przez mamę wyjątkowo. Na przykład za sprawą swoich schorzeń miał domową rehabilitację i w jej ramach zakładał nogę na krzesło. Ja byłam bardzo sprawna, chciałam pokazać, że mogę sobie tę nogę położyć nawet na głowę, za co mam mnie strofowała. I pewnie gdybym pogadała z psychologiem, to powiedziałby mi, że większe skupienie mamy na Janie jakoś na mnie wpłynęło. Tyle że dzisiaj nie pamiętam tego jako obciążenia. Może dlatego, że całe wychowanie było parte na akceptacji nas takimi, jacy jesteśmy.

Fascynująca była możliwość obserwacji ks. Jana jako ucznia – najpierw w szkole podstawowej, potem w liceum i wreszcie w seminarium. Sposób, w jaki radził sobie ze swoimi słabościami, wykorzystywał talenty. Ale także to, jak zmagał się z wykluczeniem, którego doświadczał również w Kościele.

Przemysław Wilczyński wykonał kawał naprawdę świetnej i rzetelnej roboty. Biografia jest dość obszerna, a przy tym bardzo rzeczowa, wciągająca i bardzo dobrze napisana. Znajdziemy tu rozmowy z osobami bliskimi ks. Janowi na różnych etapach jego życia, wypowiedzi osób, które z nim pracowały, ale też tych, z którymi było mu nie po drodze, było trudno.

Chronologia wydarzeń z życia ks. Jana przeplatana jest opowieściami dotyczącymi czasu, gdy zmagał się z rakiem. Choroba nie jest motywem przewodnim tej książki, ale często się pojawia
i to bardzo trudna emocjonalnie część tej książki. Z wywiadów z ks. Janem zapamiętałam przekaz, że Bóg nie jest starym dziadem, który rozdaje ludziom choroby. W książce także znajdziemy odniesienie do tych słów. To bardzo wzruszająca historia, bo ks. Jan powtarzał, że choroby nie chciał, ale to nie przeszkodziło mu żyć pod prąd, na pełnej petardzie i robić wiele dobra.

A na koniec, po wzruszeniach i poruszeniach, trochę uśmiechu, bo ks. Jan słynął z ciętego języka i poczucia humoru. Znacie tę historię?

Lekarka w gabinecie mówi doń: „Rozbieramy się”, ksiądz Kaczkowski odpowiada: „Pani pierwsza.

W książce takich anegdotek jest więcej, poszukajcie ich sami 😊

 

2 Replies to “„Życie pod prąd” – biografia ks. Jana Kaczkowskiego”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *