„Święci pierwszego kontaktu” – Szymon Hołownia

„Święci pierwszego kontaktu” – Szymon Hołownia

„Nauczyłem się już, że jest jedna kategoria ludzi, którym zawsze, gdy tego potrzebują, zdarzają się cuda: inni”. Wiedziałam, że ta książka będzie mi się podobać, a to zdanie tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło. Przed Wami „Święci pierwszego kontaktu”, czyli nietypowa propozycja hagiograficzna od Szymona Hołowni!

Nie wiem, jak Wy, ale ja właśnie tego doświadczam: słyszę o tym, że ktoś wymodlił jakiś cud, że odmówił pompejankę (czyli 54-dniową nowennę, polegającą na odmawianiu każdego dnia przynajmniej 3 części różańca, co daje 150 zdrowasiek) i jego życie diametralnie się zmieniło, że zagadał ze św. o. Pio i odbył spowiedź życia albo uśmiechnął się do Judy Tadeusza i beznadziejne sprawy nagle okazały się być do rozwiązania. Próbuję potem nałożyć tę kalkę na swoje życie i… nic z tego nie wychodzi. Cudów nie ma. O tym pisze też Hołownia, który na dodatek przekonuje, że świadectwa osób, które takich rzeczy doświadczyły, nie tylko nie działają nie niego motywująco, ale wręcz „popychają w objęcia niewiary”.

„Nie sądzę bowiem, bym potrzebował tych wszystkich rzeczy w stopniu mniejszym, niż oni ich potrzebują. A jednak z jakichś powodów mnie na liście obdarowanych zabrakło. Nie szkodzi, mówią, naucz się doceniać inne dobra, przecież dostałeś ich mnóstwo. Dostałem, zgoda. Jednak gdy człowieka boli ząb, ulgi nie przynosi mu powtarzanie sobie w duchu, że przecież noga go nie boli”.

Te słowa dodały mi otuchy i wlały w moje spragnione cudów serce nadzieję na to, że lektura tej książki podpowie mi, jak wreszcie znaleźć takiego świętego, z którym będzie można normalnie pogadać i rzeczywiście się zaprzyjaźnić. A tak serio, ta książka otworzyła mi oczy na to, że w moim życiu naprawdę nie musi dziać się tak, jak w życiu kogoś innego i nie od liczby odmówionych pompejanek zależy mój dostęp do Bożego skarbca.

Święci całkiem nieznani

Nie wiem, jak Szymonowi Hołowni udało się to zrobić, ale w książce zebrał 34 życiorysy świętych, o których istnieniu nie miałam pojęcia (no, może poza św. Józefem, św. Kingą i św. Agnieszką). Trudno nawet wymówić ich imiona, np. św. Gengulf, św. Pantelejmon, bł. Odoryk, św. Agaton Egipski, św. Makryna Młodsza czy Służebnica Boża Sataka Kitahara. Pełna egzotyka. To, że autor do nich dotarł, to jedno, ale to, że potrafił napisać o nich naprawdę wciągającą książkę i zaproponować „dziedziny”, w których można się do nich zwracać, to osobna, zasługująca na uznanie, rzecz.

I tak np. św. Kinga jawi się jako ta, do której można się zwracać, gdy życie staje się mdłe (bo zawdzięczamy jej przywiezioną z Węgier technologię wydobywania soli), dominikanin Feliks z Sieradza może ustrzec bibliofila przed bankructwem w księgarni (sprawdzę przy najbliższej okazji), św. Junipero Serra prostoty miłości i przytulenia się do krzyża, a br. Antoni Marczewski zachwytu nad światem.

Nie tylko życiorysy

Szymon Hołownia podaje właściwie tylko najistotniejsze fakty z życia danego świętego, przytacza tyle kontekstu historycznego, by wiedzieć, z czym musiał się mierzyć, ale skupia się na relacjach i działaniu konkretnej osoby. Często przytacza też jej słowa, rady, jakich udzielała innym. To przejmujące i niejednokrotnie wbijające w ziemię historię. Na przykład ta o ks. Dolindo, maltretowanym przez ojca, wyśmiewanym i poniżanym, który świętość zdobył pokorą. Albo o marzącym o misjach br. Leopoldzie Mandiciu, liczącym nieco ponad 130 cm wzrostu kapucynie, którego polem ewangelizacji był konfesjonał. I jeszcze o św. Agnieszce, którą próbowano spalić żywcem, i o Alojzym Kosibie, który nigdy o nikim nie powiedział złego słowa. To ludzie z krwi i kości, z często okrutnymi i bardzo ciężkimi doświadczeniami, a jednak szczęśliwi i zakochani w Bogu.

Jak zostać świętym?

Odpowiedź nie jest prosta, ale Szymon Hołownia, wyciągając wnioski z życia swoich bohaterów, daje trochę wskazówek:

„Należy pamiętać, że przeciętność od świętości często różni się wyłącznie kolejnością zdarzeń. Zanim zjesz – nakarm głodnego. Panu Bogu zostaw nakarmienie ciebie”.

„[…] świętym nie jest człowiek, który nie ma pieniędzy, ale ten, kto mając je, nie marnuje cennego czasu, by je liczyć. Święty to nie człowiek bez charakteru, bez poglądów politycznych, odcięty od swojej epoki, problemów rodzinnych, przyzwyczajeń i słabostek. Święty to człowiek, który – nie umiejąc czasem wyciągnąć siebie ze słabości – skutecznie wyciąga z nich innych”.

Najfajniejsze w tej książce jest chyba to, że zdejmuje ze świętych jarzmo powagi, oderwania od rzeczywistości i nudy. Po jej przeczytaniu świętość nie tylko wydaje się czymś osiągalnym, ale przede wszystkim czymś, po co warto sięgać.

Co więcej, Hołownia nie pisze tylko o świętych, którzy zostali ogłoszeni przez Kościół, ale również o osobach, których proces beatyfikacyjny dopiero się toczy albo w ogóle się nie zaczął. Przekonuje, że warto modlić się za ich wstawiennictwem, bo to, że brakuje im oficjalnej aureoli, nie oznacza, że już jej nie noszą.

Hołownia lubi świętych – to widać!

Szymon Hołownia to ten autor, którego książek na półce mam naprawdę sporo. Lubię go czytać, nie zawsze się z nim zgadzam, ale bardzo go cenię. Podoba mi się też jego styl, choć momentami jest dość zagmatwany i dygresyjny, można się zgubić. Ale mam wrażenie, że „Święci pierwszego kontaktu”, jak i pierwszy tom życiorysów, czyli „Święci codziennego użytku”, a także „Holyfood”, w którym proponuje kilka sposobów na pogłębienie relacji z Bogiem, to książki inne od pozostałych. Czytając je, miałam wrażenie, że są dla niego ważne, że w jego twórczości zajmują szczególne miejsce. Hołownia pisze tu też trochę o sobie, swoim doświadczeniu cudów i relacji ze świętymi, dzieli się tym, co odkrył, trochę siebie odsłania, dzięki czemu książka jest wiarygodna i przekonująca. Dla mnie była nie tylko wejściem w świat świętych dotąd mi nieznanych, ale także potężnym zastrzykiem pełnej nadziei i uśmiechu duchowości. Polecam każdemu!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *