O książkach, które bardzo mnie poruszyły

O książkach, które bardzo mnie poruszyły

Nastawiałam się, że w grudniu będę czytać lekkie świąteczne powieści, wprowadzać się w atmosferę Bożego Narodzenia. Miałam więc obawy, że mi tych książek braknie. Tymczasem od początku grudnia czytam zupełnie inne książki i na świąteczne klimaty w ogóle nie mam ochoty. Idę więc za głosem swojego czytelniczego serca i czytam to, czego akurat potrzebuję. Tak się składa, że 4 powieści, które przeczytałam od początku grudnia nie tylko mnie zaskoczyły i zafascynowały, ale mają też ze sobą wiele wspólnego. Pierwsza rzecz, która je łączy to fakt, że kupiłam je podczas Wrocławskich Targów Dobrych Książek i bardzo się cieszę, że postawiłam właśnie na nie.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – Marcin Wicha

To tegoroczny laureat Nagrody Nike, o książce słyszałam już od kilku miesięcy, nie trafiłam na żadną negatywną recenzję i chyba dlatego dość długo zwlekałam z sięgnięciem po tę lekturę. Wszechobecne zachwyty zwykle powodują we mnie dystans do danej publikacji i wiem, że nie jestem w tym odosobniona. Nadszedł jednak ten moment, w którym poczułam gotowość do spotkania z twórczością Wichy i… nie zawiodłam się.

Marcin Wicha opisuje rzeczywistość, jaka zastała go po śmierci matki. A matka była charakterna, walczyła o sprawiedliwość i nie dała sobą rządzić, nie była jednak zbyt sentymentalna, więc i w książce niewiele na to miejsca.

Matka była pamiętliwa. Ostrożnie gospodarowała wyrozumiałością. Jednak potrafiła znaleźć w sobie pokłady zrozumienia i łagodności, kiedy chciała komuś dokuczyć.

Początkowo „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” wydają się raczej suchym sprawozdaniem niż opowieścią syna o matce, ale im dalej w lekturę tym więcej przemycanych między słowami uczuć. Wicha pisze o rzeczach, które porządkuje po śmierci matki, to głównie książki, których nikt nie chce ani wziąć do siebie, ani kupić. Porządkowanie przeplata wspomnieniami związanymi z matką, a to historie, delikatnie mówiąc, nietuzinkowe.

Najlepsze awantury urządzali we dwoje. Matka emocjonalna. Zaangażowana, na granicy histerii. Ojciec zdystansowany. Razem osiągali mistrzostwo. Matka w ataku. Ojciec ubezpieczał tyły. […] Nie byli pieniaczami. Nie odznaczali się kłótliwością. Wędrowali przez świat jak para zawadiackich kawek. Nieszukający zwady, trochę nastroszeni.

Ja nie potrafię. Najpierw zwlekam, płaszczę się z fałszywym uśmiechem, potem eksploduję. Moje awantury zaczynają się za późno i posuwają za daleko. Muszę przepraszać. Łagodzić. Wycofywać się w zmieszaniu, mamrocząc coś po drodze.

A przecież zaczynałem dobrze, w duecie z matką. Największy sukces odniosłem we wczesnym dzieciństwie.

– Okienko nieczynne – powiedziała urzędniczka.

– Jak to nieczynne? – zaatakowała matka.

– Po prostu nieczynne.

– To dlaczego pani w  nim siedzi?!

– Dla ozdoby! – padło w odpowiedzi.

I wtedy przyszła moja chwila. Gdzieś znad podłogi rzuciłem swoją kwestię:

– Wątpliwa ozdoba.

Matka była uszczęśliwiona. Mimo to nie wróżyła mi sukcesów.

– W końcu stracisz zęby – przestrzegała.

 

Początkowo trudno było mi się w tę książkę wgryźć, co trochę mnie martwiło, bo liczy zaledwie 180 stron, podzielonych na krótkie rozdziały. Nie wiem, co nagle się wydarzyło, ale mniej więcej od połowy nie mogłam się od niej oderwać i czytałam, czytałam, czytałam… Piszę te słowa tydzień po lekturze i choć wiem, że nie jest to książka, o której mogłabym powiedzieć, że mnie zachwyciła, że to coś typowo mojego, to jednak bardzo mi się podobała i wydaje mi się, że gdybym przeczytała ją ponownie, na pewno wyciągnęłabym z niej jeszcze więcej.

 

„Kwiat wiśni i czerwona fasola” – Durian Sukegawa

Książka, którą kupiłam, kierując się moimi ulubionymi kryteriami, czyli: piękna okładka i nieco dziwny tytuł. Co z tego wyszło? Strzał w dziesiątkę, wiadomo!

„Kwiat wiśni i czerwona fasola” opowiada historię Sentaro, chłopaka, który nie patrzy z dumą w przeszłość. W książce poznajemy go jako sprzedawcę dorayaki, tradycyjnych naleśników nadziewanych słodką pastą z czerwonej fasoli. Interes raczej mu nie idzie, ale Sentaro musi spłacić dług wobec właścicielki lokalu, więc stara się zasuwać jak najintensywniej. Wpada na pomysł zatrudnienia kogoś do pomocy i, choć bardzo się przed tym broni, jego pomocnicą zostaje Tokue, staruszka, o której wie tyle, że przyrządza dorayaki w sposób doskonały i od której wiele może się nauczyć, nie tylko w kwestiach kulinarnych, ale przede wszystkim życiowych. Oboje zdają sobie jednak sprawę, że ze względu na pewną przypadłość staruszki, jej obecność w budce z naleśnikami nie potrwa zbyt długo. W przeciwieństwie do ich przyjaźni.

Bardzo lubię książkowe wycieczki do Japonii, bo to niezwykle ciekawe przygody. Opowieść Duriana Sukegawy jest prosta, czyta się ją z lekkością, uśmiechem, ale gdzieś tam czai się smutek, jakaś nostalgiczna historia, którą powoli odkrywamy. Może Was zadziwić bezpośredniość, z jaką bohaterowie zadają pewne pytania czy opowiadają różne historie – za mało czytałam literatury japońskiej, ale wydaje mi się to jej typową cechą. To też opowieść bardzo czuła, pachnąca wiśnią, na swój sposób urocza…

A wiecie, jak brzmi jej oryginalny tytuł? To „An”. Ładnie, nie? 😊

 

„Po trochu” – Weronika Gogola

Na zakup tej książki namówiła mnie (no dobra, nie musiała długo namawiać, po prostu powiedziała, że to super lektura) Pani ze stoiska Książkowych Klimatów. Nie wiem, jak o tej książce pisać, bo jest tak inna i tak wspaniała, że boję się, że coś sknocę, ale spróbuję, bo naprawdę warto po nią sięgnąć!

Weronika Gogola wraca wspomnieniami do swojego dzieciństwa i rodzinnych Olszyn, gdzie dzwony biją z różnych powodów, ale jednym z nich jest śmierć. I choć to bardzo wesoła opowieść, to śmierć co jakiś czas, po trochu, daje o sobie znać. Trudno napisać o fabule, bo wydarzenia, do których wraca Weronika Gogola to zwykła codzienność, ale sposób, w jakim ją opisuje, jest genialny. Oddaje atmosferę jej rodzinnego domu tak, że ma się wrażenie uczestnictwa w opisywanych wydarzeniach, że dobrze zna się jej rodziców, ciotki, wujków, kuzynów, mniejsze i większe sekrety. Autorka jest bezpośrednia, nie ma dla niej tematów tabu, przedstawia rzeczywistość taką jak jest, dodając do tego mnóstwo humoru.

Obudziłam się w nocy z plasteliną w łóżku. Trochę się zdziwiłam. Nie pamiętałam, żebym w ciągu dnia lepiła. Cały dzień malowałam szpitalne korytarze i klatki schodowe z pielęgniarkami. Ale w łóżku była plastelina. Jak nic plastelina! Zaczęłam budzić Kasię i pytać, czy to ona przypadkiem nie wrzuciła mi jej pod kołdrę. Ale Kasia odwróciła się na drugi bok i odburknęła tylko: Spadaj. Trudno. Ulepiłam z plasteliny kulkę i włożyłam ją do szuflady w szafce, a potem zasnęłam.

Rano przyszła pani Kazia. Znowu opowiadała o tym, jak wyglądają trupki. Ale strasznie kręciła nosem: Co tu tak śmierdzi? Co tu tak śmierdzi? Kręciła nosem jak Filifionka. W końcu podeszła do mojego łóżka. Otworzyła moją szufladę. W środku była kulka z gówna. To było moje gówno.

Obsrałam się.

Ta książka byłaby bardzo zabawna, właściwie jest bardzo zabawna, ale sporo w niej śmierci. Jak pisze autorka cechą charakterystyczną jej rodziny jest umieranie po pięćdziesiątce, a jeśli ktoś przekroczy tę granicę i nie umrze, zastanawia się, co jest nie tak. Weronika Gogola opisuje pogrzeby, w których uczestniczyła jako dziecko, zdaje się być ze śmiercią oswojona:

Pierwszy mój pogrzeb to była babcia Klimcia. Stałam w chłopińcu i tylko z daleka widziałam trumnę. Nie wierzyłam, że w tamtym pudle jest babcia. Po prostu musiała zbłądzić w drodze do domu. Wiedziałam, że kiedyś wróci. No bo wtedy to jeszcze myślałam, że wszyscy wracają, więc nie bardzo wierzyłam w to wszystko i nawet dziwiłam się, że ktoś wymyślił takie całe przedstawienie, chociaż oczywiście było mi miło, że tyle ludzi przyszło i że wszyscy dla babci Klimci. […]

Trumnę babci Klimci ustawili zaraz pod ołtarzem. To jest bardzo daleko od chłopińca. Patrzyłam na nią i nie wierzyłam, że tam może się zmieścić człowiek. Nawet babcia Klimcia. Bo babcia Klimcia była bardzo malutka. Ciągle mi się wydawało, że wejdzie od strony chłopińca, przyniesie sobie taborecik, zawiesi na trumnie pieluchę z serem i będzie patrzeć na nas i się kiwać. Ale tak się nie stało.

Ta książka liczy zaledwie 174 stron, ale niesie za sobą o wiele więcej niż niejedno wielotomowe dzieło. Czytajcie!

 

„Nikt nie idzie” – Jakub Małecki

To najnowsza powieść autora, który nazywany jest jednym z najlepszych współczesnych polskich pisarzy. I ja to całkowicie rozumiem, bo choć z pewnością nie każdemu jego proza przypadnie do gustu, to nie sposób jej nie docenić.

„Nikt nie idzie” opowiada historie  kilku bohaterów, których losy w pewnym momencie się splatają, a to, co dzieje się później, zaskakuje ich wszystkich. Klemens jest chłopcem-mężczyzną, zamkniętym w swoim świecie, potrafiącym godzinę gapić się jeden punkt i w sekundę zostać wyprowadzonym z równowagi; nie rozstaje się z plecakiem, w którym zawsze nosi, ułożone w odpowiedniej kolejności, kolorowe balony. Olga jest samotna, nosi w sobie niezabliźnione rany i odkąd przypadkiem spotyka Klemensa, nie może przestać o nim myśleć. Igor nie przestaje myśleć o Oldze, szuka odpowiedzi na pytania, na które tylko ona może dać mu odpowiedź.

Jeśli czytaliście Małeckiego, wiecie, jak trudno opisać jego książki. Jeśli nie czytaliście, spróbujcie. Nikt tak jak on nie potrafi z tak wielką delikatnością opisywać emocji i uczuć między bohaterami, zwracając uwagę na detale, które bardzo łatwo można przeoczyć. Dawno żadna książka tak mnie nie wciągnęła i nie doprowadziła do płaczu. To śmieszne trochę, ale gdy dotarłam do końca było mi tak źle, że to już koniec, że chciałam włożyć głowę między kartki i dać się wciągnąć do tego świata, żeby sprawdzić, co stało się z bohaterami.

Tutaj również o fabule mówić się nie da, bo niewiele się tu dzieje, ale z drugiej strony gdy już coś się wydarzy, Małecki potrafi przygnieść i zaskoczyć. Bohaterowie są prawdziwi, mają swoje mocne i słabe, nie znajdziecie tu herosów, którzy biorą wszystko na klatę i ustawiają życie według własnych zasad. Ale poznacie tych, którzy są nieposkładani w sobie, z czymś się zmagają i przez to są wiarygodni.

Nie potrafiłam odłożyć tej książki i cały czas mam te historię w głowie.

 

Wspólny mianownik

A teraz kilka słów o tym, co te książki łączy:

– specyficzność – wobec każdej z nich użyłabym tego słowa i wiem, że ono mówi niewiele, ale pasuje do nich jak ulał; może osobliwość będzie ładniejszym określeniem?

– smutek – czasem zaskakuje mnie moje zdziwienie tym, że ciągnie mnie w stronę smutnych, nostalgicznych historii, ale te poruszają mnie najbardziej i we wszystkich tych książkach smutku jest sporo; tylko to nie jest taki niewyczerpany smutek, który pochłania i nie pozwala wstać z łóżka, tylko taki potrzebny, żeby się nad czymś zatrzymać, zastanowić.

– piękny język – no dobra, może w przypadku „Kwiatu wiśni i czerwonej fasole” to stwierdzenie trochę na wyrost, bo tam warstwa językowa nie robi wielkiego wrażenia, ale w pozostałych trzech książkach zdecydowanie tak. Dobrze jest czytać takie książki.

– lekkość – wszystkie książki poruszają trudne tematy, ale trudno tu o patos; są lekkie, wciągające, dają chwilę wytchnienia.

– uważność – to właściwie najważniejsza rzecz, bo jeśli jej zabraknie, te książki mogą stracić swoją niezwykłość. Wyłączenie uważności sprawi, że opowieść Wichy będzie suchym raportem z porządkowania życia po śmierci matki, „Kwiatowi wiśni i czerwonej fasoli” zabierze wzruszenie nad piękną przyjaźnią, „Po trochu” stanie się całkiem śmiesznymi wspomnieniami przeplatanymi czyjąś śmiercią, a „Nikt nie idzie” dziwną historią dziwnych bohaterów, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Zatrzymanie się, pozwolenie sobie na rozkoszowanie się tekstem, skupienie się na nim dostarczy niezapomnianych czytelniczych wrażeń i mnóstwa życiowych przemyśleń.

 

Sięgając po te książki, nie miałam żadnych oczekiwań, właściwie nie do końca wiedziałam, czego się po nich spodziewać. Dały mi tak dużo, że aż nie wiem, gdzie to wszystko pomieścić. Dlatego dzielę się tym z Wami i jeśli  gdzieś traficie na te książki, czytajcie i sprawdzajcie, co w Was poruszą.

One Reply to “O książkach, które bardzo mnie poruszyły”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *