O kobiecym alpinizmie i kobiecie z charyzmą – „Halina. Dziś już nie ma takich kobiet”

O kobiecym alpinizmie i kobiecie z charyzmą – „Halina. Dziś już nie ma takich kobiet”

Gdzieś pomiędzy spotkaniami z przyjaciółmi, sprzątaniem mieszkania, suszeniem włosów i przygotowywaniem się do wyjścia z domu, podczytywałam książkę Anny Kamińskiej poświęconą himalaistce Halinie Krüger-Syrokomskiej. Nigdy wcześniej o tej kobiecie nie słyszałam, ale górskie książki rzadko kiedy mnie rozczarowują, więc z przyjemnością zabrałam się za czytanie. Dziś skończyłam, dawno nie było mi tak smutno.

„Halina. Dziś już nie ma takich kobiet. Opowieść o himalaistce Halinie Krüger-Syrokomskiej” to znacznie więcej niż historia kobiety, której miłością były góry. Start miała trudny, choć patrząc na to z innej perspektywy iście cudowny – jako jedyna z rodziny, wówczas niespełna półtoraroczna dziewczynka, przeżyła bombardowanie kamienicy, w której mieszkała z rodzicami i babcią. Później trafiła pod opiekę wuja, a następnie jego kuzynki, gdzie Halinie podarowano dom pełen miłości, troski i wiary w to, że może osiągnąć każdy szczyt. Miłość do gór przyszła dość szybko i chyba jako jedyna relacja w jej życiu nie przechodziła głębokiego kryzysu. Anna Kamińska napisała tę książkę, by przypomnieć o Halinie, nieco przyćmionej przez sylwetkę innej himalaistki – Wandy Rutkiewicz. Całe szczęście, bo opowieść o Krüger-Syrokomskiej naprawdę warta jest poznania.

Nie będę wchodzić w szczegóły górskich wypraw Haliny i jej osiągnięcia na tym polu – sama trochę się w tym gubię, warto je po prostu prześledzić – wspomnę tylko, że w 1975 roku jako pierwsza Europejka stanęła na Gaszerbrumie II. W górach była dzielna, silna, miała wiedzę i determinację. Przyjaciele wspominają ją jako osobę ciepłą, uczynną, pomocną i zaangażowaną w to, co robi, ale też taką, która potrafiła dosadnie powiedzieć, gdy coś jej się nie podobało, rzucała soczystą kurwą i nie dała sobą dyrygować. Uśmiechałam się przy tych wspomnieniach, bo każda książką, jaką czytam o wspinaczach, ma właśnie tę cechę – przedstawia ludzi o mocnych charakterach, lubianych i nierzadko wspominanych ze łzą w oku, ale też czasem z żalem za niesprawiedliwy osąd czy zbyt ostre potraktowanie.

W opowieści o Halinie Krüger-Syrokomskiej ujęło mnie to, że choć nie potrafiła żyć bez gór, to jej rodzina, zamartwiająca się podczas wypraw, wiedziała, że to właśnie ich Halina kocha najbardziej. O górach mówiła:

Nie żyje się dla gór, tylko dla życia.

oraz

Góry? To ważne jak cholera, ale oprócz tego jest też inne życie.

Podkreślała, że w góry nikt nie idzie po to, by się zabić, choć czasem bardzo się bała. W liście do męża Janusza Syrokomskiego pisała:

Być może jest to koszmarnie głupie, godne pogardy, potępienia (…), ale to mi daje tyle radości, mimo iż wiem, że z którejś wspinaczki mogę nie wrócić, że mnie zniosą ranną albo się zabiję. Nie chcę tego, boję się tego czasami tak okropnie, ale mimo wszystko chce się wspinać bez względu na to, co będzie.

Wspinała się więc nawet wtedy, gdy jej małżeństwo przechodziło (niejeden) kryzys, gdy została matką, a podczas wypraw jej córką Marianną zajmował się mąż i dziadkowie, wspinała się i wtedy, gdy organizm dawał znać, że chyba pora odpocząć.

Halina walczyła o wyprawy kobiece, o kobiecą odsłonę alpinizmu. Nie zależało jej na indywidualnych osiągnięciach, nigdy nie mówiła „ja”, ale zawsze „my”. Mężczyznom imponowała, potrafiła współpracować z ludźmi, choć nie stroniła od konfliktów – Anna Kamińska nakreśla jej trudną relację z Wandą Rutkiewicz.

Ogromnie zaciekawiła mnie biografia Haliny Krüger-Syrokomskiej, ale po jej skończeniu noszę w sobie smutek związany z jej śmiercią, okolicznościami, w jakich zmarła. Głęboko poruszały mnie jej relacje rodzinne – nie przychodziły jej łatwo, nie były oczywiste. Podobno w górach miała przestrzeń, by odetchnąć od apodyktycznej matki, a jednak zawsze pisała listy do rodziców, w których zapewniała o swojej miłości. Z mężem nie zawsze było jej po drodze, przechodzili przez różne trudności, był czas, w którym ze sobą nie mieszkali – a jednak do siebie wracali, to jego kochała. Nigdy nie chciała zostać matką, ale gdy urodziła się jej córką Marianna, nie było dla niej ważniejszej osoby. Ilekroć czytam o himalaistach, choć nie potrafię tego do końca zrozumieć, podziwiam ich mężów czy żony, dzieci i bliskich, którzy nie tylko godzili się z ich pasją, ale starali się ich wspierać, nie obarczać swoimi lękami i obawami.

„Halina. Dziś już nie ma takich kobiet. Opowieść o himalaistce Halinie Krüger-Syrokomskiej” to książka, która mnie wzruszyła, historia, która na długo ze mną zostanie. Bardzo Wam ją polecam i może wreszcie sięgnę po „Wandę”, która od ponad dwóch lat czeka na lekturę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.