„Wielka samotność” – idealna jesienna lektura

„Wielka samotność” – idealna jesienna lektura

Recenzje, które oglądałam na YouTubie, nie pozostawiały wątpliwości: „Wielka samotność” to świetna książka. Kilka razy o to, czy jej lekturę mam już za sobą, zapytała moja Mama, a to też dało mi do myślenia. Jednak, paradoksalnie, kiedy o jakiejś książce słyszę same superlatywy i wiem, że ma wielu zwolenników, trudno mi się do niej przekonać. Postanowiłam jednak, że listopad to dobry czas na dość długą i emocjonalną powieść, poza tym „Słowik”, czyli poprzednia książka autorki to jedna z moich ulubionych lektur, i sprawdziłam, czy Kristine Hannah naprawdę zachwyca.

„Wielka Samotność” opowiada historię rodziny Albrightów, w skład której wchodzą: Ernt – jeniec wojenny, który po kilku latach niewoli wrócił z Wietnamu, Cora – jego żona, która dla szalonej miłości była w stanie zerwać relację z rodzicami oraz Leni – ich dorastająca córka, której z pewnością brakuje rodzinnej stabilizacji. Ernt cierpi na zespół stresu pourazowego, dręczą go koszmary, napady agresji, nie potrafi zagrzać nigdzie miejsca. Kiedy otrzymuje list od ojca swojego przyjaciela, który zginął w czasie wojny, z informacją o odziedziczeniu domu i ziemi na Alasce, w ogóle się nie zastanawia i zabiera rodzinę do nowego, nieznanego im świata. Cora i Leni mają niewiele do powiedzenia, chcąc ratować męża i ojca, zgadzają się właściwie na wszystko.

Alaska jest dla nich ogromnym zaskoczeniem, podobnie jak dom, który odziedziczyli. Budynek wymaga generalnego remontu, nie można nawet dostać się tam samochodem, nie ma bieżącej wody, toalety, nie ma właściwie nic, co jest potrzebne do prowadzenia normalnego życia. Na szczęście jest bardzo ze sobą zżyta, otwarta i chętna do pomocy społeczność, gotowa zakasać rękawy i od razu spieszyć na ratunek niedoświadczonym i kompletnie nieprzygotowanym do życia na Alasce Albrightom. Ernt początkowo podekscytowany, pełen nadziei na lepsze, z nadejściem zimy i długich godzin ciemności traci kontrolę i staje się coraz bardziej niebezpieczny – dla siebie, dla swojej rodziny i pozostałych mieszkańców.

Narracja „Wielkiej samotności” prowadzona jest z perspektywy Leni, dorastającej na oczach czytelników. To dziewczynka nad wyraz dojrzała, rezolutna, szybko i najlepiej z całej rodziny dostosowująca się do nowych warunków, dziewczynka, która potrafi zatroszczyć się o siebie i swoich bliskich, trochę szalona, lubiąca ryzyko, bardzo sprytna. Leni nie pamięta ojca sprzed wojny, troskliwego i czułego, taki obraz przedstawia jej Cora, dziewczynka dostrzega raczej ojca, który jest zagubiony i chory, a przede wszystkim widzi niezdrową relację między rodzicami; ci często powtarzają sobie, że jedno bez drugiego nie potrafi żyć, Ernt używa nawet stwierdzenia, że Cora jest jego heroiną. Kiedy do tej trudnej i chorej relacji dołączymy surowość Alaski, nie może z tego wyjść nic dobrego.

Głównym tematem, jaki pojawia się w powieści, jest przemoc w rodzinie, na którą wpływ ma oczywiście wiele czynników, ale ten zasadniczy to doświadczenia wojenne Ernta. Akcja powieści toczy się w latach 70., nie ma tam więc mowy o rozwiniętej pomocy psychologicznej, wsparciu terapeutycznym itd. Najstraszniejszym elementem książki jest chyba to, że obok ogromnej niezgody na wszystkie dramatyczne wydarzenia, jakie mają miejsce w powieści, towarzyszyło mi zrozumienie tej sytuacji, nie dziwiłam się, że Cora nie podejmowała właściwie żadnych kroków, by wyrwać się z piekła, jakie jej i jej córce zgotował Ernt. Trudno też ocenić go jako bohatera złego; nie sposób go polubić, ale niełatwo też potępić, wzbudza raczej współczucie i żal.

Książka w ogóle wywołuje wiele emocji, jest trudna w odbiorze, bo dzieje się tam sporo, a są to rzeczy straszne, bolesne, niezrozumiałe i nienormalne. Dlatego podczas lektury towarzyszyły mi mieszane uczucia, nie byłam w stanie stwierdzić, czy mi się podoba, czy też nie, właśnie ze względu na duży ładunek emocjonalny.

Kristin Hannah jednak nie zawodzi. Książka napisana jest z rozmachem, świetnie oddaje alaskański klimat, jego surowość, dzikość natury. Podczas czytania czułam wysiłek, jaki bohaterowie musieli włożyć w pokonanie zaśnieżonej drogi, w codzienną opiekę nad zwierzętami, w dbanie o dom. Wiarygodne postaci nie pozostawiają wątpliwości, że wydarzenia, jakie opisała, mogłyby naprawdę znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Autorka dokładnie oddaje emocje bohaterów, ich lęki i przeżycia, ich portrety są spójne, Kristin Hannah nie tylko opisuje ich cechy, ale przekłada to na ich zachowanie.

„Wielka samotność” nie jest lekturą łatwą i przyjemną, to powieść, która boli, czasem wzbudza lęk, innym razem współczucie, czasem napawa obrzydzeniem, by za chwilę zrobić miejsce wzruszeniu. Trzeba być przygotowanym na smutek, złość i całą masę innych nieprzyjemnych uczuć. Ta książka nie zabiera w bezpieczną podróż, ale wiele można z niej wyciągnąć.

 

One Reply to “„Wielka samotność” – idealna jesienna lektura”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *